Nigdy nie będzie takiego lata. Światowe Dni Młodzieży w Krakowie

Nigdy nie będzie takiego lata. Światowe Dni Młodzieży w Krakowie


Światowe Dni Młodzieży przeszły przez Polskę jak huragan. Powywracały nasz święty spokój i pokazały lepszą twarz. Tę, z której czasami nie zdawaliśmy sobie sprawy, skupieni na celebrowaniu codzienności. Nie możemy pozwolić, aby owoce tamtych upalnych i deszczowych dni lipca wyjechały z naszych serc wraz z ostatnimi pielgrzymami. Światowe Dni Młodzieży trzeba przeżywać na nowo, najlepiej czując dynamikę i emocje każdego dnia. W końcu każdy z nich miał inny i na swój sposób wyjątkowy akcent.  

Kraków to dzisiaj światowa stolica radości

25.07.2016

„Viva la Pologne”, „Ogórek, ogórek”, Marsylianka, „USA! USA!” – niesie się Floriańską. Wchodzę na rynek, a tam tańce, śpiewy, tłumy roześmianych ludzi, z flagami i obowiązkowymi plecakami pielgrzyma. Światowe Dni Młodzieży jeszcze się na dobre nie zaczęły, a Kraków już żyję radością w skali, jakiej jeszcze nie widział.

Na początek szczere wyznanie. Byłem wątpiący. Sądziłem, że ŚDM okaże się organizacyjną niedoróbką, która pochłonie ogromne pieniądze, rozczaruje niską frekwencją i na tydzień sparaliżuje miasto. Wiara przychodziła stopniowo. Najpierw dni diecezji, obserwowane przy okazji wyjazdu do Gdańska, później zamarły w oczekiwaniu Kraków, który z kolejnymi falami pielgrzymów nabierał życia. Idę do warzywniaka, a tam grupa Portugalek przypomina mi, że wygrali Euro. „Tak, wiem” – mówię. „Skoro byliście w stanie nas pokonać, należało wam się” – dodaję, a dziewczyny wybuchają śmiechem. Przychodzi wieczór, umawiam się ze znajomymi dziennikarzami, którzy przyjechali z Warszawy na Sławkowskiej. Już w okolicach Plant widać, że w mieście dzieje się coś niezwykłego. Grupa Kanadyjczyków z ogromną flagą, w koszulkach reprezentacji hokejowej defiluje na przeciwko Amerykanów. Przywitania i uściski. Z Floriańskiej powoli dochodzą głosy śpiewów, koncertu granego na Rynku i skandowanych haseł. Ludzie siedzą na chodnikach, dzieląc się jedzeniem i rozmawiając. Oczywiście ci, którzy są na tyle blisko, aby się słyszeć.

Miałem być u znajomych o 21:30 – ale spóźniłem się pół godziny. Obok pomnika Mickiewicza po prostu nie dało się przejść obojętnie. Takiego entuzjazmu i radości – a mówimy przecież o przedsmaku ŚDM – Kraków jeszcze nie widział. Grupy młodzieży wdrapały się na postument. Machając flagami jedni starali się przekrzyczeć drugich. Brazylia, Meksyk, Holandia, USA, Irak… Nawet w tak turystycznym mieście to po prostu robi wrażenie. Kończyła się piosenka i zaczynała następna. Wyjąłem telefon i zacząłem streamować na żywo. „Pakuje się i przyjeżdżam” – ktoś napisał oglądając transmisję. Gdy już dotarłem na miejsce, około godziny 23 pojawiła się plotka, że przed północą właśnie pod Mickiewiczem zbierają się Polacy, aby odśpiewać hymn. Wróciliśmy, jeden z kolegów zabrał trąbkę. Nie mogłem w to uwierzyć, ale było jeszcze więcej ludzi i jeszcze głośniej. Mówię „Zagraj Seven Nation Army” – i przez chwilę robi się jak na stadionie. Później ktoś wyciąga ogromną polską flagę z Janem Pawłem II i po chwili następuje cisza. Zaczynamy śpiewać hymn, do którego pielgrzymi rytmicznie biją brawo. Obok grupa ludzi, wyglądających na kibiców. Zupełnie z innego świata stoją tam z nami i są częścią tej radości. Wracamy przed pierwszą, cały czas po drodze spotykając kolorowe grupki. Przy Francuzach kolega zagrał Marsyliankę, turyści wyjęli smartfony. Czuję się tak, jak mógłbym się czuć, gdybyśmy to jednak my wygrali Euro. Ale źródło tego uczucia jest inne, pełniejsze.

Naprawdę bałem się, że to nie wyjdzie. Nie uda się, nie wypali. Uda się. I jest w tym jakaś opatrzność boska, bo takie rzeczy nie dzieją się same. Setki tysięcy młodych ludzi nie spotyka się w centrum ogarniętej strachem Europy, aby dać zupełnie inne świadectwo. Tego, czego Stary Kontynent potrzebuje dzisiaj jak wody. Jestem przekonany, że Kraków zostanie na tydzień stolicą odwagi i nadziei. Takiej, która może dać tylko wiara.


 

Wszyscy mówimy językiem Ewangelii

26.07.2016

Za nami pierwszy dzień Światowych Dni Młodzieży, ale ja mam wrażenie, że trwają przynajmniej tydzień i będzie tak zawsze.

W zasadzie kiedy pomyślę, że te kolorowe tłumy przemykające wszystkimi zakątkami Krakowa nie będę naszą codziennością – już teraz zaczynam tęsknić. Póki co, wszystko przed nami, a później, wszystko zależy od nas. W końcu te dni są po to, aby zasiać w naszych sercach ziarno, które wzrośnie i będzie owocowało gdy opadnie zgiełk i radosne uniesienie. Jeszcze przed ŚDM rozmawiałem z bp. Damianem Muskusem – koordynatorem generalnym całych obchodów. Powiedział wtedy, że Kościół w Polsce odmłodniał, zmienił się. Teza wydawał mi się odważna, patrząc na niepokojące wskaźniki ateizacji 20, 30-latków. Nie trzeba być również wybitnym socjologiem, żeby wiedzieć jak mocno w Europie zatacza kręgi wdzierająca się w każde dziedziny życia sekularyzacja. A jednak to chyba biskup miał rację, a przynajmniej tak myślę po oficjalnym otwarciu Światowych Dni Młodzieży mszą świętą na Błoniach.

Entuzjazm wiernych z całego świata zaczyna się udzielać Krakowowi, który pomimo przyzwyczajenia do tłumów turystów, po ludzku jeszcze bardziej się otwiera. W sumie obok turystów można żyć tak, jakby nie istnieli – przecież na co dzień nie wydać ich poza centrum. Młodzi pielgrzymi są natomiast wszędzie, i gdziekolwiek dojdą, niosą ze sobą atmosferę tego wyjątkowego święta. Często z balkonów witają ich papieskie flagi i portrety papieża. Nie słyszę już tylu narzekań na „zamknięte miasto”, a nawet najwięksi sceptycy zaczynają wspominać mimochodem, że może przeszliby się na Rynek, skoro tam tak wesoło? Okazuje się nagle, że poza kilkoma odcinkami ulic, jeździ się rewelacyjnie, miasto jest spokojne i bezpieczne, a wszystko perfekcyjnie zorganizowane. Jeśli polski Kościół faktycznie odmłodnieje, to właśnie mentalnie w konfrontacji naszego „nie da się”, z entuzjazmem wariatów, którzy w deszczu i burzy maszerują ku Błoniom śpiewając o Jezusie i papieżu Franciszku. Dziennikarze, krakusi, przyjezdni a nawet ci, którzy z innych rejonów Polski śledzą wszystko w telewizji – gdy z nimi rozmawiam, nie kryją podziwu.

To trzeba sobie otwarcie powiedzieć – ludzie, którzy tutaj przyjechali są wariatami. W kolorowych pelerynkach zalali centrum miasta i swoim optymizmem po prostu nie zostawiają miejsca na narzekanie. Co z tego, że trawa i ziemia nasiąknęły błotem? Co z tego, że pada i przez następne dni padać będzie? Każda relacja na żywo w telewizji, każde spotkanie z nimi obezwładnia spontanicznością i atmosferą karnawału wiary. A co będzie się działo, gdy już przyleci Franciszek? Oczywiście ŚDM to nie tylko wygłupy, ale również czas modlitwy i skupienia, które wczoraj mogłem obejrzeć niebo bliżej. Kościół św. Szczepana, do którego chodzę na niedzielne Eucharystie zamienił się w miejsce czuwania i modlitwy Taize. Wczorajsza msza celebrowana przez kard. Stanisława Dziwisza również była piękna i podniosła. Kiedy poprosił o modlitwę za zamordowanego we Francji księdza, czuć było, że ludzie rozumieją, że za naszą radością kryją się również autentyczne i momentami przytłaczające problemy tego świata. Dlatego tym bardziej potrzeba nam właśnie takich świadectw jak Światowe Dni Młodzieży. W kontraście do strachu, wojen religijnych i lęku przez nacjonalizmem oraz ksenofobią, młodzi katolicy dają przykład prawdziwej powszechności wiary.

Grupa z Korei Południowej, Japonii, Portugalii i USA. Wszyscy idą obok siebie z flagami narodowymi, ale łączy nas jedna uniwersalna idea. Wczoraj zrozumiałem lepiej o czym mówił na początku liturgii kard. Dziwisz: „Posługujemy się wieloma językami, ale w rzeczywistości wszyscy używamy jednego języka Ewangelii”. Sądzę, że to ważna lekcja również dla nas, szczególnie w sytuacji kryzysu tożsamości i autorytetów. Mam nadzieję, że Światowe Dni Młodzieży okażą się właśnie takim manifestem jedności w coraz bardziej podzielonym świecie.

 


Nie ma Kościoła bez radości

27.07.2016

Tak często w polskim Kościele zapominamy o bodaj najważniejszych cecha każdego chrześcijanina. W środę późnym wieczorem z okna papieskiego przypomniał o nich Franciszek: „Bądźcie szczęśliwi i radośni, bo to obowiązek tych, którzy podążają za Chrystusem”.

Tyle czekaliśmy i wreszcie – Franciszek wylądował w Polsce na trwające już od dwóch, a de facto trzech dni Światowe Dni Młodzieży. Tak się złożyło, że od ośmiu lat, gdy mieszkam w Krakowie, nie miałem okazji przeżyć wizyty żadnego papieża i dopiero teraz zaczynam powoli rozumieć, jak wielkie jest to wydarzenie, i że często objawia się w małych rzeczach, jak choćby ta: oglądam relację z lądowania papieskiego samolotu i w momencie, w którym zbliża się na płytę lotniska odrywam wzrok od ekranu telewizora i patrzę w niebo. I widzę ten właśnie samolot, który za kilkanaście sekund dotknie polskiej ziemi. A później jeszcze więcej – przejazd ulicami, którymi spaceruję, obok lodziarni, w której kupuję lody. Wszystkie te miejsca przez chwilę stają się ważne. Ktoś powie, że to banalne, ale często w takich momentach powszechność Kościoła objawia się w kontekście jego lokalności. Okno na Franciszkańskiej 3, zamienia się na 10 minut w okno bazyliki świętego Piotra. Grafik Maciej Cieślak, który przegrał walkę z rakiem w wieku 22-lat, ale wcześniej zaprojektował m.in. banery na ŚDM – jest przykładem dla wszystkich zgromadzonych tu młodych. Przykładem poświęcenia, wiary i pogody ducha do samego końca. A przecież wcześniej był chłopakiem takim jak my. Chodzącym tymi samymi Plantami.

Właśnie tej powszechności uczę się z tysiącami pielgrzymów podczas Światowych Dni Młodzieży. Nie ma drugiego takiego miejsca na świecie, gdzie obok siebie powiewają flagi Libanu, Izraela i Iraku. Rosji i Ukrainy. Obok nich roześmiani ludzie, których nie dzieli polityka ani narodowość. To jest ta porażająca siła chrześcijaństwa, która jak powiedział sam papież do młodych, objawia się szczęściem i radością, które są „(…) obowiązkami tych, którzy podążają za Chrystusem”. Wystarczy wyjść na chwilę do centrum miasta aby przekonać się, że nikogo nie trzeba do tego obowiązku przekonywać. Nawet Polacy jakby się bardziej rozśpiewali, oswoili i tłumniej zaczęli brać udział w obchodach. Na Franciszkańskiej godzinę przez przemówieniem papieża nie można już było wcisnąć szpilki. Jadąc do studia TVP na program, przez całą drogę na Krzemionki mijaliśmy kolorowe korowody, ludzie machali do auta, gdy zatrzymywaliśmy się na światłach. W tym samym czasie inne miejsca również tętniły życiem. Koncerty na placu Szczepańskim, tańce na rynku, korowody ubranych z lokalne stroje pielgrzymów. Grupa pielgrzymów z bębnem, skandujących „We, love, we love Jezus”, na melodię „We will rock you”…

Oprócz tego, środa była również dniem powagi charakterystycznej dla formalnego styku Kościoła z państwem. Logiki polityki, z logiką wiary. Bardzo mądre i dające do myślenia przemówienie Franciszka na Wawelu. O inteligentnym i miłosiernym pomaganiu tym, którzy uciekają przed wojną. Świadomości tożsamości, która jest wolna od manii wyższości. Dobre i złej pamięci historycznej. Konieczności obrony życia od poczęcia do naturalnej śmierci. I to niebywałe porównanie: „(…) po burzach i ciemnościach naród wasz, odzyskawszy swą godność, mógł śpiewać podobnie jak Żydzi powracający z Babilonu: „Wydawało się nam, że śnimy. Usta nasze były pełne śmiechu, a język śpiewał z radości” (Ps 126,1-2). Chciałoby się powiedzieć „cały papież”. Wyprowadza nas z błogiego poczucia o byciu pępkiem świata. Dlaczego nie porównać dziejów Polski do drogi starotestamentowego Izraela? To jest właśnie lekcja ŚDM – Kościół jest globalny, wykracza poza nasze małostkowe podziały. Niestety już pojawiają się ludzie, którzy starają się obu stron barykady wmieszać Franciszka w polski polityczny spór. Nie pozwólmy im i sobie na to, aby w miejsce radości, przyszedł niepokój. Ja nie mam wątpliwości, że młodzi mają swój rozum. Codziennie obserwuję to na własnych oczach i sam się od nich uczę, co znaczy „Nie ma już Żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny ani kobiety, wszyscy bowiem jesteście kimś jednym w Chrystusie Jezusie”. Można osiągnąć tą jedność, jednocześnie nie zatracając własnej tożsamości. Właśnie z tym przesłaniem przylatuje do Krakowa papież Franciszek.

 


Od lektyki do tramwaju. Bóg objawia się w konkretach

28.07.2016

Jeden dzień, a tak wiele przesłań, nastrojów, symboli. Wszechstronność papieża Franciszka przejawia się właśnie w tym, że z medytacji potrafi płynnie przejść w dialog z setkami tysięcy młodych. Obok skromnego spotkania z pojedynczym człowiekiem, potrafi zawładnąć tłumem.

Poranne spotkanie w skromnym kościele sióstr Wizytek, przejazd do szpitala, w którym być może swoje ostatnie chwile spędza kard. Franciszek Macharski. Następnie Jasna Góra – wzrok w milczeniu wpatrzony w oblicze Madonny, a później msza z okazji rocznicy 1050 chrztu Polski. Ogromny, wręcz nieprzebrany tłum, ale nastrój nadal poważny. Homilia delikatna, maryjna. W końcu to „Ona jest schodami, które przemierzył Bóg, aby zejść do nas i stać się bliskim i konkretnym (…)”. Ta bliskość jest motywem przewodnim całej wizyty w Polsce, co z dnia na dzień coraz lepiej widać. Czwartek podzielony był zresztą na dwa wymiary owej bliskości – z naszym narodem, który świętuje swój jubileusz i z Kościołem powszechnym, który jak powiedział papież: „Na tej uświęconej polskiej ziemi chce być zawsze młody miłosierdziem”. Siłą rzeczy najpierw Jasną Górę, a później Kraków obserwowałem tym razem w telewizji, od przejazdu tramwajem na Błonia komentując wydarzenia na żywo w TVP. To co uderzyło mnie i innych zaproszonych gości to fakt, jak niesamowicie zmieniło się oblicze Franciszka od momentu, w którym wsiadł do pomalowanego w barwy Watykanu „Tram del Papa”. Pierwszy dzień wizyty – poważny, państwowy i refleksyjny, wczoraj zamienił się w celebrację radości. Oba te porządki są wierze potrzebne, na oba jest czas i miejsce.

Nie mam wątpliwości, że ten symboliczny przejazd z dziećmi niepełnosprawnymi, miał właśnie wymiar konkretności Boga. Wystarczy tylko pomyśleć jaką drogę przeszło papiestwo – od lektyki do tramwaju! Każdy czas ma swoje formy przekazywania dobrej nowiny, a Franciszek jest właśnie tym następcą św. Piotra, który umie czytać znaki czasów. Im bliżej Błoń, tym bardziej jego twarz się rozpromieniała, jakby czerpał siłę z tych młodych, którzy ustawili się na drodze przejazdu. To, co się działo później, trudno mi nawet opisać. Fantastyczny kontakt z tłumem, wciąganie go w dialog. „Czy Chrystusa można kupić w sklepie?”. „Nie” – krzyczały setki tysięcy gardeł. „Powtórzcie za mną: Miłosierdzie”. I owo miłosierdzie niosło się echem po Krakowie. Pomimo deszczu i kiepskiej pogody, było gorąco jak w Rio. Wtedy również papież mówił do młodych, aby nie bali się poświęcić innym, aby nie zmarnowali życia. Nawiązywał do piłki nożnej i do konieczności grania w ataku. Tym razem zagadywał: „Czy chcecie rzucić ręcznik na ring zanim rozpoczniecie walkę?”. Człowiek, który mógłby być naszym dziadkiem, mówił, jakby miał 30 lat. O młodych, którzy się za wcześnie zestarzeli i o tych, którzy chcąc „chwytać życie”, uciekają w oszołomienie. A Kościół ma do zaproponowania trzecią drogę – radości, która ma swoje źródło w miłości Boga. Boga, który jest ojcem w obliczu kryzysu ojcostwa i autorytetów.

W dużej mierze właśnie wokół wyzwań młodości obracał się wczorajszy wieczór. Wystąpienie w oknie na Franciszkańskiej 3 było spontaniczne, żywiołowe – takie, jak zapamiętaliśmy je z wizyt Jana Pawła II. Oczywiście, bo trzeba o tym cały czas przypominać, powaga i radość idą ze sobą w parze. Wspomnienie o zmarłym wolontariuszu ŚDM uzupełniło czwartkowy dialog z młodymi. Na tym właśnie polega uniwersalizm chrześcijaństwa, że żadna strata nie jest ostateczna, a żadne poświęcenie nie idzie na marne. Z tego faktu potrafimy przejść od refleksji, do nadziei, a po niej następuje entuzjazm. Tego ostatniego było z resztą pełno. Niezwykle podobały mi się słowa Franciszka o banalnie prostych słowach, które zmieniają nasze relacje. Proszę, dziękuję, przepraszam. Gdzie temu do teologii Benedykta XVI – ktoś może zapytać. Ale to jest właśnie konkret, który w konwencji nieformalnego dialogu najgłębiej porusza serca. Czy dziękuję moim bliskim? Jak odnoszę się do żony, męża? Małżeństwo było również ważnym wątkiem, który nie został zaznaczony w sposób oderwany od życia. Franciszek wie, że w obliczu współczesnego świata to jest odważny krok – powiedzieć komuś, że się z nim będzie na zawsze. Ale to krok piękny, i za niego trzeba ludziom dziękować. Dzisiaj małżeństwo staje się w sekularnym świecie wymiarem symbolu wierności.

Do domu ze studia na dachu hotelu Kossak, z którego rozciągała się panorama na cały Kraków wracałem dokładnie w momencie, w którym z Błoń na resztę miasta rozlewały się tłumy wiernych. Myślałem, że ich entuzjazm już mi się przeje, w końcu ile można się zachwycać flagami, śpiewem i religijną fiestą? Nic z tych rzeczy, to się po prostu nie nudzi, bo źródło tej radości nie może się wyczerpać. Wtedy właśnie, trochę w żartach pomyślałem, że już chyba nigdy czegoś podobnego nie zobaczę, a Światowe Dni Młodzieży to najlepsza rzecz, jaka przytrafiła się Krakowowi od czasu Hołdu Pruskiego i Jana Pawła II. I że każda chwila i miejsce staje się w tym tygodniu wyjątkowe. Przed samym domem, wstąpiłem na chwilę do mojej parafii, kościoła św. Szczepana. W skupieniu i przy delikatnym śpiewie trwała tam modlitwa Taize. To była klamra tamtego dnia. Po radości, skupienie. Obie te rzeczy muszą iść ze sobą w parze.

 


Cisza głośniejsza niż krzyk

29.07.2016

W Kościele, podobnie jak w życiu jest czas na radość i czas na refleksję. Piątek był właśnie takim momentem zatrzymania, bez którego nie da się w pełni zrozumieć istoty chrześcijaństwa. Jego zbawcza moc objawia się bowiem właśnie w kontraście z sytuacjami, które po ludzku wydają się beznadziejne. O tym przypomniał nam papież.

W świecie, który tonie w powodzi słów, wczorajsza wizyta Franciszka w Auschwitz-Birkenau była jak misterium. Cisza, którą wybrał papież wybrzmiała głośniej niż krzyk. Nie była to jednak cisza bezsilna, ale pełna godności. Samotny spacer, świeca zapalona przy ścianie straceń, modlitwa w mroku celi śmierci św. Maksymiliana Kolbe. Akurat z 75. rocznicę jego męczeńskiej śmierci. Te obrazy przejdą do historii, choć tyle historycznych rzeczy wydarzyło się już na tej tragicznej ziemi. Nawet największa i najbardziej wymowna cisza nie miałaby jednak sensu, gdyby nie nastąpiła po niej nadzieja. Taki w istocie był cały piątek Światowych Dni Młodzieży. Nie da się go czytać bez Drogi Krzyżowej na Błoniach, podczas której papież powiedział wprost, że jest ona „drogą życia”. Nie tylko dlatego, że po cierpieniu Chrystusa nastąpiło Odkupienie, ale również z tej przyczyny, że krzyż jest blisko każdego z nas. Młodzież czuje to wyraźnie, bowiem właśnie w takim wieku najczęściej się upada, podnosi, szuka wyciągniętej ręki. Czuł to również bp Ryś, który układał rozważania do kolejnych stacji.

Piękny to był widok, choć już tak wiele było ich podczas Światowych Dni Młodzieży. Po deszczu, przed samą uroczystością wyszło słońce. Na Błoniach zebrały się nie tłumy, a prawdziwe może ludzi. Zjednoczonych i skupionych. Każdy w życiu przynajmniej raz powinien doświadczyć podobnego zgromadzenia wiernych. Poczuć się częścią jednego ciała, działającego i żyjącego razem. To właśnie podkreślił papież. „Dziś ludzkość potrzebuje mężczyzn i kobiet, a szczególnie ludzi młodych, takich jak wy, którzy nie chcą przeżywać swojego życia połowicznie, młodych gotowych poświęcić swoje życie w bezinteresownej służbie braciom najuboższym i najsłabszym, na wzór Chrystusa, który oddał się całkowicie dla naszego zbawienia”. Kościół nie istnieje bez wspólnoty wiernych. Nie jest klubem indywidualistów. Nie jest bezobjawowy, zamknięty jedynie do wewnętrznych rozważań. Dlatego właśnie Franciszek chciał powiedzieć młodym, że podobnie jak Chrystus nie bał się żyć dla innych, tak samo my, może możemy mieć podobnego lęku. Trzeba „(…) żyć, aby służyć, a nie służyć, aby żyć”. Fakt, że tak odległe od dzisiejszej kultury konsumpcjonizmu słowa trafiają dzisiejszych nastolatków, napawa mnie nadzieją.

Z tą samą nadzieją podchodzę również do tego wymiaru wizyty papieża, która pojawia się nieustannie w jego przemówieniach. Jak służyć najsłabszym dzisiaj. Kim są? Czy potrafimy dostrzec ich w często dla nas obcych imigrantach? Ja sam mam z tym problem. Nadal nie wiem jak chrześcijaństwo i islam mogą ze sobą pokojowo współistnieć, gdy widzimy tak przerażającą skalę przemocy i okrucieństwa. To, do czego wzywa Franciszek jest jednak postawą wykraczającą jedynie poza kontekst polityczny i społeczny. „Auschwitz trwa nadal” – mówił następca św. Piotra z okna na Franciszkańskiej. Tak w istocie jest. Cierpienie nie stanowi zamkniętej księgi w historii ludzkości. Ono wpisane jest w nasz żywot po upadku Adama i Ewy. Wojna w Syrii natomiast, jest konfliktem ogólnoludzkim, nie tylko regionalnym problemem Bliskiego Wschodu. Cieszę się, że papież budzi w nas te pytania. Każe nam się skonfrontować z realnością problemu w postawie chrześcijańskiego miłosierdzia, wykraczającego poza logikę tego świata. Gdyby chrześcijanie kierowali się tylko pragmatyzmem. Ba, gdyby robił tak sam Jezus, z pewnością nigdy nie usłyszelibyśmy przypowieści o jego rozmowie z Samarytanką przy studni Jakuba. W końcu Żydzi i Samarytanie to były dwa skrajnie wrogie sobie światy. Dzisiaj wodę musimy podać komu innemu. Tym bardziej, jeśli jest obcy.

 


Zawsze chcieć więcej, zostawić po sobie ślad

30.07.2016

W sobotę Brzegi zamieniły się w światowe centrum chrześcijaństwa. Modlitewne czuwanie z papieżem odbyło się pod znakiem miłosierdzia, świadectwa i autentycznej wspólnoty ponad miliona wiernych. Gdy zaszło słońce, młodzi wyciągnęli świece. Ten obraz zapamiętam do końca życia.

Przedostatni dzień ŚDM i wizyty papieża Franciszka w Polsce. Niespełna tydzień, a symboli, ważnych słów i obrazów tyle, że można nimi wypełnić miesiące. Campus Misericordiae w Brzegach – nocne czuwanie i oczekiwanie na poranną mszę. To już ostatnie, kulminacyjne momenty festiwalu wiary, którego wraz z całym światem byliśmy świadkami. Wcześniej jednak Kraków opustoszał, niekończące się rzesze wiernych wyruszyły z samego rana przy palącym słońcu na pola pod miastem. W tym aspekcie Światowe Dni Młodzieży faktycznie przybrały wymiar pielgrzymki. Ludzie po drodze podawali wodę, machali, wspierali. Być możne dla Polski było to wydarzenie pokoleniowe. Takiej energii wiary nasz kraj nie widział od czasu wizyt Jana Pawła II, i z pewnością długo nie zobaczy. Totalną porażkę poniosła retoryka defetyzmu i strachu. Miesiące przed obchodami słyszałem, ile rzeczy może się nie udać. Jak wielką klęską logistyczną okażą się Brzegi – tymczasem to, co mogliśmy zobaczyć, przeszło najśmielsze oczekiwania. Setki tysięcy świec zapalonych o zmierzchu, kontemplacja, wyciszenie. Surowe piękno katolicyzmu.

Poruszające to były chwile i co najważniejsze, w Kampusie Miłosierdzia mówiono do młodych językiem i znakami naszych czasów. Pokazywano wyzwania, i zagrożenia, z którymi autentycznie się zmagają. Uzależnienie od przyjemności, technologii, wyobcowanie, popadanie w grzech. Temu wszystkiemu towarzyszyły świadectwa ludzi, którzy odnaleźli swoją drogę do Boga, i mieli odwagę, żeby się nią podzielić. I nie było w nich fałszu – młodzież by go szybko wyczuła. Tak samo, jak intuicyjnie łapie kontakt z Franciszkiem. Dzieje się tak ponieważ papież rozumie, gdzie leży źródło wiecznej młodości chrześcijaństwa, nie obawiając się podać recepty na jego zachowanie. „Przyjaciele, Jezus jest Panem ryzyka, tego wychodzenia zawsze ‚poza’. Jezus nie jest Panem komfortu, bezpieczeństwa i wygody. Aby pójść za Jezusem, trzeba mieć trochę odwagi” – mówił papież. W jego słowach przebrzmiewała formacja duchowa prawdziwego jezuity – „Ad Maiorem Dei Gloriam” – na większą chwałę bożą. Zawsze chcieć więcej. Nie zadowalać się prostymi rozwiązaniami. „Zostawić po sobie na świecie trwały ślad”. Czy nie o to właśnie chodzi? Nie za tym rwie się serce człowieka, gdy na poważnie zada sobie pytanie, jaki jest sens życia?

Gdy papież wracał już z Brzegów na noc do Krakowa, wybrałem się z rodzicami na spacer po mieście. Było ciche, wyludnione, bez kolorowych plecaków i pelerynek pielgrzymów. Bez flag, tańców i śpiewów. Na rynku turyści – tacy, których można spotkać na co dzień. Rozmontowywano sceny. Można powiedzieć, że robiło się „normalnie”, ale po tym, co stało się codziennością ŚDM, normą była dla mnie ta spontaniczna radość, której już tam nie ma. To naturalne, że tak wygląda życie. Nie można cały czas żyć w uniesieniu, ale właśnie w podobnych kontrastach łatwo sobie uświadomić, jak wielki dar otrzymaliśmy. Jako miasto, ludzie, wierni. Pod koniec wczorajszego dnia, trafiliśmy jeszcze pod okno papieski. Pojawiła się plotka, że Franciszek jednak zmieni program i odwiedzi wierny. Półtorej godziny czekaliśmy, ale niestety się nie pojawił. Trudno mieć do kogokolwiek żal – po tak intensywnym dniu papież zasługuje na odpoczynek. To było jednak piękne, że setki osób, chociaż wiedziały, że najprawdopodobniej nic się nie wydarzy, tak bardzo chciały zobaczyć Piotra naszych czasów. Autentycznie czekały na spotkanie z nim. Marzy mi się, żeby już po wyjeździe papieża, ten głód nie przeminął. Żebyśmy pozostali z niedosytem. Mieli odwagę wychodzić „poza” w codzienności, już bez zgiełku tych fantastycznych dni.

 


Nigdy nie będzie takiego lata

31.07.2016

Polska zorganizowała dwumilionową imprezę religijną w centrum ogarniętej terroryzmem Europy. Obyło się bez incydentów. Wiara przyniosła swoje najlepsze owoce – radość, odwagę i gotowość do poświęcenia dla innych. Możemy być dumni – Światowe Dni Młodzieży przerosły najśmielsze oczekiwania.

„Nigdy nie będzie takiego lata” – pisał kiedyś Marcin Świetlicki. Oficjalnie zakończyły się Światowe Dni Młodzieży i już wiem, że mogę za nim te słowa powtórzyć. Ostatni tydzień w Krakowie był wyjątkowy pod każdym względem: skali, radości, organizacji, bezpieczeństwa, spontaniczności i symboli. Wydarzyło się tak wiele, że chciałoby się każdy dzień przeżyć jeszcze kilka razy i doświadczyć go z każdej możliwej strony. Wydaje mi się, że czuł to również papież Franciszek, który przybywając na Mszę Posłania na podkrakowskie Brzegi, pomimo zmęczenia, na nowo rozpromienił się, widząc energię młodych. A przecież spędzili oni wcześniej całą noc, oczekując na poranną Mszę Posłania. Mimo tego, nikt nie narzekał, nie widać było skwaszonych min. Słowa, które do nich skierował, były jak streszczenie języka całej pielgrzymki – pełne konkretu, odniesień do najistotniejszych kwestii wiary i metafor z życia codziennego. Idealnie wpasowała się w to perykopa o Zacheuszu, który pomimo wstydu wdrapał się na drzewo, aby zobaczyć przechodzącego Jezusa. Papież mówił o tej konieczności przełamania samego siebie. O tym, że nie można „(…) gasić pięknej ciekawości, ale zaangażować się, aby życie nie było zamknięte w szufladzie. Przed Jezusem nie można siedzieć, czekając z założonymi rękami; Temu, który daje nam życie, nie można odpowiedzieć jakąś myślą lub zwykłym SMS-em!”. Papież przez całą pielgrzymkę konsekwentnie wzywał do wymagania od siebie więcej. To jezuickie „magis”, które nie pozwala nam się zatrzymać w miejscu i za młodu zestarzeć. Może w tym tkwi również sekret jego młodości, pomimo niespełna 80. lat?

Gdy Franciszek wracał z Campus Misericordiae, siedziałem akurat w studiu telewizyjnym, siląc się w tym nieludzkim upale na jakieś mądre podsumowania. Uderzyło mnie, jak błyskawicznie w jednym momencie wszyscy, łącznie z prowadzącymi, gdy kolumna papieska i ogłuszające hukiem wirujących śmigieł helikoptery zbliżyły się do nas, na moment zamilkliśmy. Bycie na wyciągnięcie ręki od piszącej się na naszych oczach historii, potrafi wprawić w zakłopotanie rozgadane nawet media. Atmosfera ta udzielała się chyba wszystkim, którzy mieli okazję obserwować ŚDM na własne oczy, bądź za pośrednictwem transmisji. Sam do tej pory nie mogę uwierzyć, że moi rodzice, który przyjechali w sobotę wieczorem w odwiedziny, w niedzielę rano raz jeszcze poszli oczekiwać na Franciszkańskiej na papieża. Tym razem 4 i pół godziny, w upale i ulewnym deszczu. Tylko po to, aby usłyszeć niespełnaminutowe pozdrowienia. Wystarczyło. Widziałem jak wracali mokrzy, ale z autentycznymi uśmiechami.

Franciszek przed wylotem podziękował jeszcze wolontariuszom, bez których cały ten sukces nie byłby możliwy. Wcześniej jednak powiedział, co faktycznie te dni powinny w nas pozostawić, aby nie były jedynie jednorazowym „eventem” religijnym. „Moglibyśmy powiedzieć, że Światowy Dzień Młodzieży, rozpoczyna się dziś i trwać będzie jutro, w domu, bo od teraz to tam Jezus chce ciebie spotykać. Pan nie chce zostać tylko w tym pięknym mieście albo w miłych wspomnieniach, ale chce przyjść do twego domu, być obecnym w twoim codziennym życiu: w nauce, studiach i pierwszych latach pracy, przyjaźniach i uczuciach, planach i marzeniach”. Czy potrzebujemy lepszej zachęty, aby już na spokojnie w oczekiwaniu na kolejne dni młodych w Panamie, rozważać wszystko, co w niezmierzonej obfitości przyniosły nam spotkania w Krakowie?

Na koniec już, poza wymiarem religijnym, noszę w sercu prawdziwą dumę po Światowych Dniach Młodzieży jako Polak. Po prostu, bez żadnego narodowego patosu, jestem wdzięczny wszystkim ludziom, którzy swoją codzienną sumienną pracą zbudowali podwaliny pod ten sukces. Ludziom, dzięki którym mogliśmy się czuć bezpiecznie i skupić na przeżywaniu wiary. To jest swego rodzaju cud, że w tak niespokojnych czasach, miliony osób zebrało się na tydzień i w absolutnym pokoju oddawali cześć Bogu. Teraz reszta zależy od nas samych. Co te dni zmienią w polskim Kościele, w naszych sercach, codzienności… Każde uniesienie i emocje kiedyś mijają. To, co jednak nigdy nie przeminie, mamy dane od Boga za darmo każdego dnia. To jego miłosierdzie. Dobrze, że przez ostatni tydzień mogliśmy zobaczyć jego najpiękniejsze oblicze.

IMG_3662-1100x434

Relacja powstała dla portalu Stacja7.pl