Dlaczego boimy się własnego cienia?

Dlaczego boimy się własnego cienia?


Kategorie

Wczoraj Justyna Kowalczyk zamieściła na Facebooku zdjęcie rentgenowskie złamanej stopy. Choć sytuacja nie wyglądał różowo, zapowiedziała dalszą walkę w igrzyskach. Na DEON.pl napisaliśmy, że trzymamy za nią kciuki. Pierwsze komentarze? Skandal. Czy to przystoi, aby katolicki portal promował zabobony?

Inna sytuacja. Publikujemy intrygującą reklamę znanej marki dezodorantów, w której słynni dyktatorzy i skonfliktowane grupy społeczne zamiast rzucić się sobie do gardeł… przytulają się jak najlepsi przyjaciele. Na końcu tak zwana „pacyfa” i hasło: „Make love, not war”. Znowu zamieszanie, że to jawna promocja symboli satanistycznych.

Kiedy pod artykułem o nieczystości pojawia się zdjęcie sukienki i kobiecych kolan, a gdzie indziej odkryte ramiona, zdarza się, że odbieramy telefony pod tytułem: „dlaczego promujecie niekatolickie treści”? Felieton, który prowokuje do zdefiniowania pojęcia gender, odbierany jest jako jego pochwała. Propozycja dostosowania języka modlitw do aktualnej polszczyzny, jako zamach na ortodoksję i dogmat. Recenzja Hobbita, to gloryfikowanie magii. I tak dalej, i tak dalej.

Zazwyczaj pretensje te okraszone są dwoma cytatami z Ewangelii. W końcu po pierwsze; „Biada światu z powodu zgorszeń!” (Mt 18,7), po drugie: „Unikajcie wszystkiego, co ma choćby pozór zła” (1Tes 5,22).

Często zastawiam się, gdzie leży sedno problemu. Jak ostre powinny być granice „unikania pozoru zła”? Czy katolik to osoba, która musi obawiać się kulturowej wieloznaczności symboli, nie interpretuje faktów w oparciu o kontekst, nie chodzi do kina i zamyka oczy kiedy wybiera się na plażę?

To prawda, nie można być naiwnym. Świat pełen jest duchowych zagrożeń, moralnych pułapek, dróg na skróty, które w rzeczywistości prowadzą na manowce. Problem polega jednak na tym, że z zawziętością godną lepszej sprawy, coraz częściej wymierzamy ostrze krytyki nie tyle w realne zło, co we wroga wyimaginowanego, oswojonego i łatwego do pokonania.

Trzymasz kciuki? Nie używasz potocznego zwrotu oznaczającego wyrazy sympatii, tylko promujesz zaklinanie losu. Nie gorszysz się na widok „pacyfki”? Przykładasz ręce do zakamuflowanej ekspansji satanizmu. Nie mówiąc już o takich rzeczach jak słuchanie The Beatless czy Led Zeppelin. Ponoć niektóre ich utworu puszczone od tyłu, to hymn pochwalny dla księcia piekieł.

Kościół to nie jest hermetyczna bańka, która chroni przed brudem tego świata. Czy Jezus jadający z celnikami i rozmawiający z prostytutkami, był powodem zgorszenia czy nie? Łamiąc prawa Szabatu stwarzał pozory zła czy nie? Kto powiedział, że rolą chrześcijaństwa jest otoczenie kultury masowej kordonem sanitarnym, przez który nie przejdzie nic, co może skłaniać do wielu interpretacji? Nasza wiara jest tak słaba, że pod byle pozorem rozsypie się jak domek z kart?

Jest niemal psychologicznym truizmem fakt, że tożsamość budowana na lęku jest jedną z najskuteczniej spajających daną grupę. Niestety na dłuższą metę nie może ona istnieć bez wyraźnego zarysowania wroga. Powiem więcej, budowanie na lęku przed światem musi prowadzić do konfliktu z tym, co uważa się za jego domenę. Dlatego tak wiele osób zamiast przeczytać Harrego Pottera i zrozumieć na czym polega sukces tej historii, woli omijać książki szerokim łukiem.

Przez tego typu zachowania wyłączamy się z problemów współczesnego człowieka. Nie pojmujemy, że np. popularność przygód młodego czarodzieja jest przejawem odwiecznej tęsknoty za metafizyką, wyjątkowością, wszystkim co tajemnicze i transcendentne. A jak bez tej diagnozy skutecznie ewangelizować? Jak mówić do ludzi poza Kościołem tak, aby rozumieli?

Moim zdaniem odpowiedź jest prosta. Trzeba skorzystać z bodaj najpiękniejszego daru, jaki otrzymaliśmy do Boga – rozumu. W końcu nie bez powodu, Jan Paweł II napisał w encyklice „Fides et ratio”: „Wiara i rozum są jak dwa skrzydła, na których duch ludzki unosi się ku kontemplacji prawdy”. Niestety, zbyt często chcemy wzbić się w powietrze używając tylko jednego z nich.

Na koniec warto zacytować Franciszka z adhortacji Evangelii gaudium. Papież napisał na jej kartach zdanie, które śmiało można nazwać jego manifestem programowym: „Wolę raczej Kościół poturbowany, poraniony i brudny, bo wyszedł na ulice, niż Kościół chory z powodu zamknięcia się i wygody z przywiązania do własnego bezpieczeństwa„. Myślę, że potrzebujemy raz jeszcze zatrzymać się nad tymi słowami i na nowo zastanowić, co jest autentycznym powodem zgorszenia, a co naszą wymówką do ciągłego marudzenia.

Dekonstrukcja to domena ludzi wycofanych i biernych. Chrześcijanin został powołany do tego, aby tworzyć. Nie zapala się przecież lampy, aby postawić ją pod korcem…