Wieszanie Jana Pawła II to nie sztuka. To marny oportunizm
Fragment spektaklu "Klątwa" w Teatrze Powszechnym w Warszawie (Teatr Powszechny, Fot: Magda Hueckel)

Wieszanie Jana Pawła II to nie sztuka. To marny oportunizm


Fellatio z figurą Jana Pawła II w rytm odtwarzanej homilii, w której mówi o jedności Boga z człowiekiem. „Wieszanie” figury papieża, podcieranie sobie tyłka flagą Watykanu, kopulowanie z krzyżem, ścięcie krucyfiksu piłą mechaniczną. A później pochwała aborcji i słowo „Polska”, wykrzykiwane zamiast dźwięków kopulacji. Tak w dużym skrócie wyglądał spektakl „Klątwa”, wystawiony na deskach Teatru Powszechnego w Warszawie. Okrzyknięto go „odważnym i potrzebnym”, „wspaniałym” i „awangardowym”. A ja mam apel do artystów, którzy za takich się zapewne uważają. Chcecie być naprawdę odważni i przekraczać granice? Zróbcie to za własne pieniądze. W tej chwili jesteście tylko wtórnymi oportunistami.

Mniej więcej raz na rok przerabiamy podobny scenariusz. Ktoś w teatrze chce się wybić, nie ma dobrego pomysłu na sztukę, nie ma niczego nowego do powiedzenia, więc sięga po najprostsze narzędzie: skandal. Najprostsze również w tym sensie, że selektywnie dobiera spektrum skandalu, znajdując czułe i łatwe do wyeksploatowania toposy. W przypadku Polski jest to niemal zawsze przywiązanie do katolicyzmu oraz patriotyzm. Wystarczy dodać do tego zestawienia seks, obrazoburstwo i obsceniczność, aby część lewicowych elit zakrzyknęła z zachwytem, a część prawicy zagrzmiała z oburzenia. Bez względu na wartość artystyczną dzieła, reklama będzie na tyle duża, że bilety wyprzedadzą się z wyprzedzeniem na kilka miesięcy. Właśnie tak wyglądała strategia promocyjna „Śmierci i dziewczyny”, której minister groził odcięciem dofinansowania ze względu na zatrudnienie aktorów porno, którzy mieli uprawiać seks na scenie. Ostatecznie kopulacji na żywo nie było, a jak opowiedzieli widzowie po spektaklu: „więcej w tym wszystkim marketingu, niż erotyzmu”. Sama „Śmierć i dziewczyna” w opinii krytyków nie była natomiast ani odkrywcza, ani warta nawet połowy zamieszania, które reżyserka Ewelina Marciniak celowo podsycała.

Obalanie tych samych mitów

Analogicznie wyglądała historia „Naszej przemocy i waszej przemocy”, wystawionej na deskach Teatru Polskiego w Bydgoszczy. Liberalni intelektualiści cmokali w usta, jak bardzo odświeżające było zmierzenie się z naszymi narodowymi lękami. Jak plastycznie wyglądała scena, w której muzułmanka wyciągała sobie z waginy flagę Polski, a Jezus gwałcił Arabkę. Opresyjny patriotyzm i chrześcijański terroryzm to przecież największe wyzwania współczesności. W krajach islamskich, kobieta cieszy się wszystkimi prawami człowieka, nikt nie cenzuruje sztuki, w dowolnej formie można kpić z Mahometa. Nie minęło pół roku od tamtej premiery i kolejny artysta chce obalać te same mity, po raz setny szargać świętości i pozować na politycznego prowokatora. Za publiczne pieniądze rzecz jasna, bo gdyby przyszło do finansowania własnego teatru bez budżetowych dotacji, skończyłoby się lamentem na pół Polski, jak mieliśmy i mamy okazję obserwować w przypadku Krystyny Jandy. Nie o niej jednak mowa, a o Olivierze Frljiciu, który w Teatrze Powszechnym w Warszawie wystawił luźną wariację na temat „Klątwy” Stanisława Wyspiańskiego. Luźną, ponieważ do pierwowzoru i obrazu podtarnowskiej wsi końca XIX-wieku, współczesna „Klątwa” ma się jak pięść do nosa. Nie przeszkodziło to jednak zachwyconemu recenzentowi „Gazety Wyborczej” zawyrokować, że spektakl w przełomowy i odważny sposób przypomina: „(…) w jak dusznym i zablokowanym kraju żyjemy”. W tak dusznym, że za środku stołecznego ratusza można wystawić sztukę, w której aktorzy dokonują fellatio na figurze Jana Pawła II z doczepionym sztucznym członkiem oraz kartką „obrońca pedofilii”, następnie ją wieszają, podcierają się flagą Watykanu i biją brawo kobietom z publiczności, które otwarcie przyznały, że dokonały aborcji.

A może duszne było to, że nie udała się „prowokacja”, w której jedna z aktorek miała zbierać pieniądze na wynajęcie mordercy, który rozprawi się z Jarosławem Kaczyńskim? Niestety okazało się, że publiczne podżeganie do śmierci jest w polskim kodeksie karnym karalne, a PiSowscy prokuratorzy na pewno nie uszanowaliby ironicznego przesłania artystów. I zabrakło odwagi, aby cierpieć za sztukę. Reżim nie pozwolił. Tak czy inaczej, „Klątwa” ma być w intencji reżysera jak „wyjęcie korka z narodowych pośladków”. Apoteoza aborcji natomiast, „zauważeniem słonia we własnym pokoju”, szczególnie, że spektakl został wystawiony w kraju, w którym kobiety od wieków upadlane są przez kler. Pod tym względem od czasów Witkacego przecież nic się nie zmieniło. Coś w tym przecież musi być, skoro recenzent „Wyborczej” nazywa podobny dobór tematów: „Awangardową polityczną rewią”, która chce się uporać z „fobią prawicowej ekstremy”. Fakt, że jedno ekstremum zwalcza się drugim, jest przecież detalem niegodnym uwagi. Dla wielu artystów lewicowość i liberalność od dekad oznacza po prostu normalność, a przecież w normalności nie można przesadzić. Moszcząc się wygodnie we własnej „strefie komfortu”, wielu twórców przeoczyła jednak pewien detal. Ich sztuka stała się wtórna, a w związku z tym przewidywalna oraz nudna. I na tym, moim zdaniem, polega słabość podobnych prowokacji. Nawet, jeśli starają się one bronić, uciekając w autoironię. Jeśli robimy głupoty i puszczamy przy tym oko, nie stajemy się z miejsca sofistami.

Nie jesteście odważni, jesteście wtórni

To, co tak naprawdę przeszkadza mi we wszelkiej maści „Golgotach Picnic”, „Śmierci i dziewczynach” czy innych „Klątwach”, nie dotyczy nawet obszaru szargania świętości. Prywatnie uważam to za nietakt, ale teatr powstał nie po to, aby schlebiać czyimś gustom. Z definicji wolno mu więcej. Sięgając po ciężki arsenał, trzeba mieć jednak mocne uzasadnienie do jego użycia. Tymczasem Frljić po prostu go nie ma. „Wieszanie” papieża nie jest nowe, nie jest odkrywcze, niczego radykalnie nie zmienia. Teatr już od początku XX wieku eksperymentował z prowokacjami politycznymi i obyczajowymi. Wystarczy wspomnieć niemiecki ekspresjonizm czy komunistyczne sztuki Erwina Piscatora, który marzył o teatrze totalnym, zacierającym granice pomiędzy aktorem a widzem. Sto lat temu to, co dzisiaj chce się sprzedać jako „świeże”, wałkowali na wszystkie możliwe sposoby futuryści we Włoszech i surrealiści we Francji. Antonin Artaud ze swoim „teatrem okrucieństwa” w latach 20. i 30. XX wieku igrał z wytrzymałością odbiorcy. Nie mówiąc już o tysiącach prowokacji, które do teatru trafiły wprost ze sztuki performatywnej. Ścinanie krzyża czy kopulowanie przed publicznością prawie 60 lat po akcjonistach wiedeńskich zasługuje na ziewnięcie, a nie na miano awangardy. Prowokować i skłaniać do myślenia też trzeba umieć. I są w polskim teatrze świetne przykłady, pokazujące jak balansować na tej granicy i nie skręcić sobie karku. Jednym z nich są „Towiańczcy; królowie chmur” w reżyserii Wiktora Rubina, grani na deskach Teatru Starego w Krakowie. Jest skandal, nagość i poszukiwanie nowych znaczeń dla słów: Bóg, honor, ojczyzna. Konfrontuje się je w zderzeniu romantyzmu z współczesnością. Tylko takie przedsięwzięcia wymagają o wiele więcej zachodu i talentu, niż za przeproszeniem – zrobienie kupy na scenę.

Na koniec chciałbym skierować mały apel do zadowolonych z siebie widzów, aktorów, reżysera, a nawet posłanki Joanny Scheuring-Wielgus, dla której „Klątwa” była „najbardziej oczekiwanym spektaklem zimy”. Jeśli sztuka kończy się dla was i zaczyna na prokowacji, jesteście miernymi oportunistami. Takimi samymi, jak „pierwszy feministyczny rząd Szwecji”, który po odważnym zdjęciu całkowicie żeńskiego i wyzwolonego gabinetu pani premier, chwilę później pomaszerował pokornie w chustach na głowie na wizytę u prezydenta Iranu. Chcecie prawdziwej prowokacji? Awangardy i walki o prawa kobiet? Przekraczania granic politycznej poprawności? Pragniecie się zmierzyć z totalnością sztuki i oczyścić? Wyreżyserujcie, zagrajcie, pójdźcie i zachwyćcie się sztuką, w której ukażecie prawdziwie opresyjną w stosunku do kobiet kulturę islamu. Pokażcie mudżahedina, który gwałci małego chłopca i 50-latka, który bierze za żonę 11-letnią dziewczynkę. Przedstawcie horror, który przechodzą chceścijanie w Państwie Islamskim tak, aby wstrząsnął światem. Dyskutujcie z surami Koranu, przetestujcie wolność słowa do granic możliwości. Jeśli uważacie, że to potrzebne, zorganizujcie zbiórkę na zabójstwo polityczne, tylko później miejcie jaja i pójdźcie za to do więzienia. I byłbym zapomniał, najtrudniejsze na sam koniec: zróbcie to wszystko za własne pieniądze.


  • op

    Cała sztuczka polega na tym, że każdy najbardziej akceptuje tę obrazoburczość, która zgadza się z jego własnymi poglądami.
    Jedna zasadnicza uwaga – po co Pan tak szarżuje z tym islamem? Jesteśmy jednak w Polsce i mówienie o islamie nie ma głębszego sensu – bo islamu tu nie ma. A wszyscy prawicowi publicyści jeżdżą tym argumentem jak starą kobyłą. Naprawdę uważa Pan, że żartowanie z islamu jest w Polsce trudniejsze niż żarty z katolicyzmu? Bo ten internacjonalizm i uniwersalizm pojawiają się tam, gdzie wygodnie. A jednak hipokryzja w sprawie aborcji jest prawdziwym, polskim tematem.