Nazista bez swastyki, czyli po co tuszować historię

Nazista bez swastyki, czyli po co tuszować historię


Ktoś dyskwalifikuje uczestnika zawodów modelarskich, bo nie zakleił swastyki na stateczniku maszyny Luftwaffe. W grach komputerowych nazistów zastępuje bezideowa armia pozbawiona symboli. Z drugiej strony sierp i młot ma się świetnie, drukowany na koszulkach, zerkający z pomników na ulicach polskich miast. Do czego to prowadzi?

Wybrałem się w niedzielne popołudnie do jednej z większych galerii handlowych w Krakowie zwabiony obietnicą pokazu modelarskiego. Zajmuję się tą tematyką od kilku lat, z wykształcenia jestem historykiem, więc głupio byłoby przegapić taką okazję. I choć maszyny oraz dioramy sklejony były idealne, co innego przykuło moją uwagę. Co prawda w dyskretny sposób, ale wszędzie pozaklejano swastyki na statecznikach niemieckich samolotów.

Fragment ekspozycji, fot. Materiały własne
Fragment ekspozycji, fot. Materiały własne
 –

Głupota albo nadwrażliwość – pomyślałem, jednocześnie szukając modeli radzieckich. Przecież skoro ktoś „w obawie o nasze dobre samopoczucie” pozaklejał swastyki, nie może również wystawić zwiedzających na ekspozycje symboli innego totalitaryzmu: czerwonej gwiazdy czy sierpa i młota.

Niestety, jak to zwykle bywa w przypadku poprawności politycznej, te same reguły działają tylko w jedną stronę, i na przykład do radzieckich czołgów żaden samozwańczy cenzor się nie przyczepił. Zatem czerwone gwiazdy eksponujemy, Hakenkreuz zaklejamy. Żeby było jeszcze zabawniej, nie same swastyki, ale tylko te obrócone 45 stopni – czyli używane przez nazistów. Swastyka fińska widniała na skrzydłach samolotów jak gdyby nigdy nic.

Fragment ekspozycji, fot. Źródło własne
Fragment ekspozycji, fot. Źródło własne
 –

I słusznie, ponieważ tak zwany krzyż bałkański jest znacznie starszą oznaką państwowości w Finlandii niż nieszczęsny złamany krzyż w III Rzeszy. Jako taki zatem jest bezideową oznaką dziedzictwa i nie musi być cenzurowany, z czego Finowie robią użytek korzystając z krzyża bałkańskiego do dziś. Rodzi się zatem pytanie: skoro groźny nie jest sam symbol, obecny zresztą już z resztą w kulturach antycznych, co faktycznie stoi za motywacją cenzurowania historii?

W Niemczech ta kwestia jest jasna i regulują ją przepisy §86 i §86a kodeksu karnego StGB. Każde eksponowanie symboli nazistowskich uważane jest za przestępstwo. W Polsce natomiast nie ma takiego obowiązku. Jak mówi art. 256 par. 2 kodeksu karnego: „Eksponowanie symboli reżimów totalitarnych nie stanowi przestępstwa o ile nie ma na celu rozpowszechniania tych symboli lub propagowania ustroju„. Ktoś zatem pozaklejał niewygodne symbole od tak, „na wszelki wypadek”. Hmm, jak to było z tą „nadgorliwością, gorszą od faszyzmu”?

Przykład , fot. Facebook / Piotr Jester
Przykład , fot. Facebook / Piotr Jester
 –

Przejdźmy jednak do sedna, czyli styku poprawności politycznej z historią. Jakby nie łączyć tych tematów, właściwie nigdy nie idą ze sobą w parze. Dlaczego? Bo historii nie da się skroić „na miarę naszych czasów”. Niestety, twórcy prawa nakazującego cenzurowanie swastyk w kontekście edukacyjnym robią krecią robotę ideałom, o które rzekomo walczą. Bo czy wiara w destrukcyjne działanie symbolu, pomijając kontekst jego występowania, nie jest w rzeczywistości czymś w rodzaju myślenia magicznego? A ten rodzaj narracji jest zawsze ahistoryczny! Oddala nas od tego co faktycznie działo się podczas rozwoju i upadku systemów totalitarnych.

Góralskie krzyże podczas defilady święta pułkowego, fot. Wikimedia Commons
Góralskie krzyże podczas defilady święta pułkowego, fot. Wikimedia Commons

Na rynek masowo wychodzą gry, w których nie ma już nazistów, tylko „jakaś” armia, pozbawiona swoich symboli. Czerwone flagi z Hakenkreuzem zastępują te z okresu II Rzeszy i Republiki Weimarskiej. Krzyże żelazne, używane jeszcze podczas I wojny światowej zmieniają swoje kontury na jakieś nigdy nieistniejące odznaczenia. Obok natomiast idealnie koegzystuje apanaż radziecki. Pełno sierpów, młotów, orderów i gwiazd czerwonych. Z daleka wygląda to tak, jak gdyby ktoś gumką wymazał niewygodną prawdę o tylko jednym ze zbrodniczych systemów. Albo jak gdyby faktycznie, „zwycięzcy pisali historię”.

Trudno nie odnieść wrażenia, że na dłuższą metę każde takie działanie przynosi skutek odwrotny od zamierzonego. Nie jestem zwolennikiem tuszowania dziejów w żadną ze stron. Jeśli w jakimś polskim mieście ostał się radziecki pomnik, tylko wola mieszkańców powinna decydować o jego dalszym losie. Analogicznie z wystawą modeli w galerii handlowej. Jeśli latające w latach 30. i 40. niemieckie samoloty miały swastyki na statecznikach, to co każe nam udawać, że świat wyglądał inaczej? Niemieckie poczucie wstydu za własną historię? Lęk – ale przed czym? Na dłuższą metę nie zdziwię się, jeśli kiedyś jakieś dziecko nie zapyta, czy naziści faktycznie przylecieli z księżyca, niczym w filmie „Iron Sky”.

Zdjęcie, fot. Materiały prasowe
„Brothers in Arms”, fot. Materiały prasowe
 –

Nigdy nie uporamy się z traumą drugiej wojny, jeśli zamiast rozumieć mechanizmy, które stały za popularnością zbrodniczych systemów, będziemy po prostu odwracać od nich głowę.

Historia powtarza się wtedy, kiedy o niej zapominamy. Dziś z książek, gier i modeli znikną swastyki, jutro w filmach o Powstaniu nie będzie można pokazać Niemca z SS, za kilka dekad zapomnimy kto zbudował ten zbrodniczy system. Nie o epatowanie symbolami chodzi, ale o umiejętność widzenia ich w całym bogatym i przerażającym kontekście. Tylko to moim zdaniem na dłuższą metę jest nam w stanie zapewnić bezpieczną przyszłość w Europie. Nawet struś nie może wiecznie trzymać głowy w piasku.